Oby ogrodnicy doczekali tych czasów.

W których ktoś, w sposób rzetelny, obiektywny i kompetentny będzie mógł przedstawić im opinię. O produktach, których na co dzień potrzebują w swoich ogrodach. I wbrew wszystkiemu co się na ten temat mówi, uważam, że byłoby to dla nich wielką korzyścią. Już wyjaśniam.

Mniej więcej miesiąc temu opublikowałem wpis o zarabianiu na blogu. Nie wiem dlaczego, ale temat kontrowersyjny jak blogosfera długa i szeroka. A nawet więcej bo powszechnie utarło się, że jak bloger rozpoczyna współpracę, automatycznie przechodzi na stronę „złych mocy”.

Po publikacji dostałem dużo maili, zapytań, sporo było komentarzy, szczególnie pod postem na faceeboku, gdzie wieści szybko się rozchodzą.

Większość „odzewu” była pozytywna, z wyjątkiem jednego człowieka, który w imieniu innego blogera ogrodniczego, podjął krucjatę i wyrażał negatywne opinie. Przeszedłem nad tym do porządku dziennego ponieważ nie z takimi „krzykaczami” miewam często do czynienia, poza blogiem, więc wiem mniej więcej co się za tym kryje.
Więc można byłoby podsumować, że poza jednym wyjątkiem, wpis został przyjęty „w środowisku” pozytywnie.

Ale!

Nie dalej jak kilka dni temu, na jednym z blogów ogrodniczych, o którym zresztą mam dobre zdanie, ukazał się artykuł krytykujący „komercję blogów ogrodniczych” jako zło samo w sobie, ale także pośrednio krytykujący mnie oraz wspomniany na wstępie wpis. Trochę jako przyczynę tego zła.

Oczywiście nie byłbym sobą gdybym w komentarzu nie próbował przedstawić swojego punktu widzenia, ale niestety… nie całkiem spotkało się to ze zrozumieniem.
Na wspomnianym blogu wywiązała się też całkiem spora dyskusja w tym temacie i opinie były zdecydowanie podzielone. Dla jednych potencjalne współprace komercyjne na blogach ogrodniczych są czymś normalnym i zupełnie akceptowalnym, a dla innych dokładnie odwrotnie.

To skłoniło mnie do głębszego zastanowienia nad tym „problemem” i próby wyciągnięcia obiektywnych wniosków.

Bloger ogrodniczy to inny bloger.

Tak wynika chociażby z opinii wyrażonej na wspomnianym blogu, a także zamieszczonych tam niektórych komentarzach. Nazwę je roboczo opozycją.

Wynika z nich, że: bloger ogrodniczy to bloger piszący „z pasji”, jest głosem swojego serca, nieskazitelną jak łza jednostką, której w duszy tylko pachną kwiaty, a w głowie ćwierkają ptaki.

Moja dygresja: a czy jakikolwiek inny bloger, chociażby piszący o modzie, kuchni, fotografowaniu, swoich dzieciach itd. nie robi tego „z pasji”? Czy blog nie jest wynikiem tego, co w jego życiu jest najważniejsze? Czym się zajmuje, w czym jest najlepszy i co jest jego całym światem?

Dalej opozycja uważa, że: Bloger ogrodniczy nie powinien myśleć o niczym więcej niż o tym co mu w duszy gra, o zapachach, ćwierkaniu ptaków, roztkliwianiu się nad pięknymi ogrodami, widokami, zachwycaniu nad stylami ogrodowymi. Ewentualnie może się z jakimiś nie zgadzać, co zresztą jest nawet mile widziane. Bo przecież z reguły akurat ten czy inny konkretny bloger zna się na ogrodnictwie najlepiej, a styl przez niego obrany i lansowany jest najlepszy. Podczas gdy inne są najczęściej złe, dziwne jak w ogóle mogą być przez kogokolwiek tolerowane. Dla przypomnienia, to głos wspomnianej opozycji.

Wracając do kampanii komercyjnych na blogach ogrodniczych, opozycja uważa, że to zło samo w sobie. Co więcej bloger ogrodniczy, który podejmuje taką współpracę (choćby była ona tylko ułamkiem procenta całej jego działalności blogowej), zaprzedaje duszę diabłu. Staje się nieprawdziwy, zły, przestaje być blogerem ogrodniczym, „zdradza” pasję, jest nieobiektywny i ogólnie robi coś niewyobrażalnie niemoralnego. Jednym słowem niegodnego blogera ogrodniczego.

Niestety mam inny pogląd na tą sprawę. W skrócie jestem za tym aby blogerzy ogrodniczy działali jak wszyscy inni blogerzy.

Oby tylko ogrodnicy doczekali tych czasów.

Uważam tak z wielu powodów, z których co najmniej kilka jest bardzo istotnych.

Po pierwsze.

Bloger ogrodniczy, jak wspomniałem, to bloger jak każdy inny. Jego życie kręci się wokół ogrodów, to i blog tego dotyczy. Ma jakąś pasję [kto czyta bloga wie, że tego słowa nie cierpię]. Ale ma. Taką samą jak każdy inny bloger. Więc pierwsza i najważniejsza rzecz: nie przyjmuję argumentów pt.: bloger ogrodniczy pisze „z pasji”, a to oznacza, że poza jej ramy nie może absolutnie niczego zrobić. Bo może. I to zawsze z tą pasją ma związek.
I co ważne każdy bloger pisze „z pasji”, a wielu blogerów robi coś więcej. Bez szkody dla siebie, swojej pasji, swojego bloga i swoich czytelników.

Po drugie.

Dzisiejsze czasy są jakie są. Reklama zalewa wszystkich, z każdej strony. Radio, TV, prasa, portale itd.. Czy którejkolwiek z tych form można zaufać? Według mnie nie można. Tam można, po opłaceniu należnej kwoty, zareklamować wszystko. Dosłownie. Nawet grzebień „bez zębów” jako najbardziej skuteczny.

I co jeśli kupisz ten grzebień, a on będzie „do dupy”? Obrazisz się na to radio, TV, gazetę czy może przestaniesz na nie zwracać uwagę? Nie przestaniesz!

A co z blogerem? Czy bloger mając na szali zaufanie wszystkich swoich czytelników, które budował miesiącami i latami może sobie pozwolić na zachwalanie grzebienia „bez zębów”? Czy może powiedzieć, że coś jest dobre skoro jest złe? Czy czytelnicy mu wybaczą taką „pomyłkę”, a może będzie to jego ostatni raz kiedy miał do kogo mówić? Osobiście wydaje mi się, że to drugie. Więc z zasady, bloger musi być obiektywny i uczciwie wypowiadać się, szczególnie jeśli miałby jakiś produkt ocenić. Nie ważne czy „za darmo” czy w ramach współpracy komercyjnej. Więc to pierwszy powód, dla którego reklamę za pośrednictwem blogów można traktować poważnie. A szczególnie w ogrodnictwie, o czym za chwilę.

Po trzecie.

Branża ogrodnicza jest, co by nie mówić, trochę niszowa. Mimo, że bardzo wielu jest właścicieli ogrodów, produkty ogrodnicze i około ogrodnicze nie są często reklamowane. Z różnych powodów. Trochę mnie to dziwi, bo jednak konkurencja na rynku artykułów nie jest mała.

W każdym razie reklam nie ma dużo, a jeśli są to na podobnej zasadzie co powyżej. Czyli producent twierdzi, że jego produkt jest najlepszy. Bo co ma innego twierdzić? A rzeczywistość bywa często inna, tak jak z podanym grzebieniem.

Tymczasem blogi ogrodnicze w znakomitej większości, o ile nawet nie w 100%, prowadzone są przez ludzi mających z branżą ogrodniczą bezpośrednią styczność. Czy to poprzez utrzymanie swoich ponadprzeciętnych ogrodów czy poprzez codzienną działalność w tym zakresie. Wobec tego, nie można zaprzeczyć, że blogerzy ci mają pewne doświadczenie ogrodnicze. Wynikające z własnej praktyki.

Czy więc, jak w punkcie drugim, rzetelna opinia takiego blogera, który dany produkt przetestował na swoim przykładzie, nie będzie cenna dla reszty populacji ogrodniczej? Czy jeśli dany bloger powie np., że dany nawóz nie jest tak skuteczny jakby się wydawało, a dana mieszanka traw jeszcze nigdy nie dała ładnej murawy, to nie będzie to godne wzięcia pod uwagę?
Albo odwrotnie, że dany środek, mimo swojej teoretycznie słabej pozycji rynkowej jest super pożyteczny. A dany sprzęt, który „ma dobrą cenę”, dużo niższą od markowych produktów, wyjątkowo dobrze sprawdza się w praktyce.

Czy ogrodnik amator ma gdziekolwiek możliwość uzyskać tak rzetelną, sprawdzoną informację? Która często oznacza, że jego ogród „wygląda lub nie wygląda”? I która ponadto podparta jest „głową blogera”? Nie sądzę.

Po czwarte.

Ewentualne podejmowanie przez blogera współpracy, która da powyższe efekty, przyniesie jakąś wiedzę czytelnikom, a blogerowi, za pracę, określone profity, nie oznacza, że bloger „się zatraca”. Że ginie, zmienia się, robi się „zależny” i nie będzie już tym samym blogerem. Albo, że jak do tej pory pisał „o goździkach”, stworzył często setki ciekawych wpisów, to teraz po jednym „wpisie sponsorowanym” o wodzie do goździków, stanie się innym blogerem.

To nie oznacza też, że był tak „wyrachowany” i te sto wcześniejszych, ciekawych wpisów zrobił tylko po to aby ten sto pierwszy przyniósł mu jakąś korzyść. Czy to byłoby logiczne? Według mnie nie i to nawet wbrew powszechnie krążącej opinii, że niektóre blogi zakładane są „dla pieniędzy”.
Nie wierzę w to, że ktokolwiek „zdrowo rozsądkowo” myślący porwałby się na takie działanie, że będzie robił coś przez rok, dwa, trzy, a potem „już” będzie zarabiał. To znaczy może będzie zarabiał. Czyli rok, dwa, trzy ciężkiej pracy, a potem może się uda.

Nie wierzę w taki scenariusz. Dlatego twierdzę, że blogi zakładane są „z potrzeby blogowania”, a ta ciężka praca robiona jest bezinteresownie. Często nawet kosztem tego co można byłoby, w tym czasie, zrobić w „realnym świecie”. [Na zupełnym marginesie dodam tylko, że w związku z ostatnim „krzykiem” na wspomnianym blogu postanowiłem nieco zmienić „taktykę”, o której wspominałem w poprzednim wpisie. Zainteresowanym, uczestniczącym w wątku, dam znać].

Owszem każdy bloger, szczególnie dziś kiedy tyle jest szumu o zarabianiu na blogach, ma napady myśli, że może jemu też uda się zrobić coś dla siebie. Bo ciężko ich nie mieć, to trochę jak z marzeniami. Ale one nigdy nie przysłaniają samego blogowania. Nie mogą, to byłoby nierealne. Więc czy jeśli dany bloger, także ogrodniczy, spełni w pewnym momencie to swoje marzenie, stanie przed szansą „jedną na milion”, że może coś na tym skorzystać, to jest to aż takie złe? I niemoralne jak się powszechnie zarzuca? Według mnie nie. A przy okazji czy to nie byłoby może zarazem zwrócenie większej uwagi na blogi ogrodnicze i trochę podniesienie „ich rangi”?

Życzę zatem sobie, wszystkim blogerom ogrodniczym, a przede wszystkim czytelnikom aby doczekali takich czasów kiedy blogerzy ogrodniczy będą mogli sprawdzać się w prawdziwych, obiektywnych, rzetelnych kampaniach. I wyrażać prawdziwe opinie nie tylko na temat roślin, zapachów, nornic czy fruwających ptaków.
Wydaje mi się, że wbrew temu całemu „krakaniu” może to przynieść korzyści wielu ogrodnikom amatorom, blogerom ogrodniczym oraz producentom akcesoriów ogrodowych. Tym samym podnieść też poziom ogrodów. A chyba o to w tym wszystkim chodzi.

5 komentarzy

  • Ależ są świetne blogi ogrodnicze, które pokazują testowanie produktów. Blogi które cieszą się zaufaniem zbudowanym organicznie od lat 🙂 Np. Bezogródek. Jak przeczytałam tam recenzję opryskiwacza, to serio miałam ochotę pójść go kupić. Natomiast raczej nie zaufam blogowi, który „nagle” stał się sławny dzięki opłacanym kampaniom na Fb. Ale to ja, ja jestem dziwnym klientem, który nie kupuje rzeczy na podstawie reklam, ale na podstawie rekomendacji autorytetów. Autorytetem nazywam nie celebrytę, tylko człowieka który zdobył sobie moje zaufanie latami pisania mądrych i ciekawych postów. Co do blogów komercyjnych – jest na nie miejsce, bo są i bezrefleksyjni klienci. O tym jednak czy reklamy na takich blogach o ogromnych zasięgach są skuteczne, najlepiej świadczyłyby raporty samych reklamujących. Czy po teście kosiarki firmy X na danym blogu, wzrasta realnie sprzedaż produktów firmy X? Takich danych niestety nie ma 🙂 Można mieć nadzieję, że tak… Ja jednak gdy widzę, że „współczynnik odrzuceń” na blogu sięga 80%, średnio czytelnik spędza na czytaniu postów 1,5 minuty… to raczej nie jest to wierny fan bloga chcący dowiedzieć się jak robić zakupy, ale przypadkowa osoba która „wpadła i wypadła”. Takich czytelników można zdobyć na pęczki za pomocą pieniędzy (pozycjonowanie, SEO, kampanie na fb) ale czy warto? Odnoszę się do statsów z wpisu kolegi po fachu. http://ogrodniktomek.pl/2016/01/blog-ogrodniczy-dlaczego-warto-reklamowac-sie-na-blogu/

    • Cieszę się, że się zgadzamy 🙂
      Szczególnie w tym, że można zaufać blogom ogrodniczym pisanym przez „autorytety”.
      Podobnie ująłem to w treści z tym, że słowo „autorytety” wyraziłem trochę inaczej: „Tymczasem blogi ogrodnicze w znakomitej większości, o ile nawet nie w
      100%, prowadzone są przez ludzi mających z branżą ogrodniczą
      bezpośrednią styczność. Czy to poprzez utrzymanie swoich
      ponadprzeciętnych ogrodów czy poprzez codzienną działalność w tym
      zakresie. Wobec tego, nie można zaprzeczyć, że blogerzy ci mają pewne
      doświadczenie ogrodnicze. Wynikające z własnej praktyki.”
      Wydaje mi się też, że blog ogrodniczy to raczej nie miejsce dla celebrytów. Zbyt ciężka i brudna robota 😉 A statusy, które podałaś z wpisu kolegi po fachu, faktycznie mogą być lekko „niepokojące”.

      • No nie… nie zgadzamy się. Ja nie uważam, że wystarczy pracować w ogrodzie, by zostać dobrym bloggerem ogrodniczym. Tak samo jak nie wystarczy się ładnie ubrać, by odnieść sukces jako blogger modowy. Autorytet nie pojawia się bynajmniej automatycznie wraz ze skończonymi studiami na SGGW. Liczy się więcej, przede wszystkim talent, pomysły, portfolio. Nie każdy pracownik banku powinien prowadzić bloga na temat doradztwa finansowego 😉 oczywiście zawsze może zrobić kampanię na FB i zyskać sobie poklask, ale uważałabym z tym 🙂 Kończąc temat „ambitnego dawania możliwości czytania opinii o produktach”… wydaje mi się, że gdy ludzie chcą kupić jakiś sprzęt, to zaglądają bardziej na fora internetowe, oraz czytają opinie kupujących w serwisach poświęconych zakupom. Ale co ja tam wiem? 🙂 Miłego weekendu.

        • No jednak faktycznie, całkiem się nie rozumiemy… 😉
          Jasna sprawa, że nie wystarczy pracować w ogrodzie aby zostać dobrym blogerem. Na dobrego blogera trzeba mieć jeszcze szereg innych atutów.
          Ale za to pracując w ogrodzie i mając ogród na poziomie ponadprzeciętnym, do tego zacięcie do blogowania, jest szansa jako takiego powodzenia. A przynajmniej tego aby kompetentnie wypowiadać się na taki czy inny ogrodniczy temat.
          Natomiast to co poruszyłaś czyli fora internetowe… To już zupełnie, moim zdaniem, abstrakcyjny temat. Sprawdzałaś może kiedyś na jakimś forum medycznym jakieś objawy chorobowe? Na 100% dowiedziałaś się, że to nowotwór. Fora internetowe pełne są oszołomów. Ale i tak nie to jest najgorsze! Bo pełne są też „agentów”, sprzedawców, podstawionych użytkowników, którzy na zasadzie klakierów są w stanie zasypać fora negatywnymi lub pozytywnymi informacjami na dany temat / produkt. Zero obiektywności!!! I to nie tylko na forach ogrodniczych. To ostatnie miejsce gdzie można szukać wiarygodnej informacji 😉

          Miłego odpoczynku i Tobie 🙂

  • Ps. Mimo wszystko jestem zdania, że komercja ma przyszłość: „Badania przeprowadzone przez brytyjską agencję zajmującą się rynkiem telekomunikacyjnym dowodzą, że nastolatki nie potrafią odróżnić reklamy od wyników wyszukiwania Google. Uznają też, że skoro informacja pojawiła się w wyszukiwarce jest… prawdziwa.” – oznacza to de facto że możecie pisać bzdury, a ludzie i tak uwierzą. Ja się przeciwko takiej rzeczywistości buntuję, ale najwyraźniej jestem w mniejszości. Cały artykuł tutaj: http://technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,19230589,nastolatki-nie-widza-roznicy-pomiedzy-wynikami-wyszukiwania.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *